Powrót

Eugeniusz Ajnenkiel

Oblężony na Jasnej Górze

Był 17 listopada 1912 roku, godz. 12.30. W migocącym świetle świec błyszczały złote ikony, kończył modły protorej Stefan Lwowicz Romańskij, proboszcz cerkwi prawosławnej w Częstochowie, pod wezwaniem św. Cyryla i Metodego. Uroczyste nabożeństwo odbywało się na intencję powrotu do zdrowia Wasyla Iwanowicza Arbuzowa, prystawa fabrycznego częstochowskiego ucząstku (komisariatu policji), ciężko postrzelonego w czasie obławy na Rewolucjonistów-Mścicieli. O nich to, o bezpardonowej walce z nimi rozmawiali dygnitarze wychodząc z wrót cerkiewnych i nakładając na głowy czapki wojskowe i urzędowe. Uczestnicy nabożeństwa powoli rozchodzili się. Zatrzymali się jeszcze rozmawiając, naczelnik powiatu będzińskiego baron Mirbach i ustępujący już ze stanowiska policmajster Piekur. Opodal stała grupa policjantów. Od niej to oderwał się nagle prystaw Mazur, podszedł podniecony do policmajstra meldując, że przed chwilą rewirowy Szalin otrzymał od swego tajnego donosiciela Bronka Kubisia wiadomość, iż na wałach klasztoru Jasnogórskiego, znajduje się poszukiwany anarchista, członek Grupy Rewolucjonistów-Mścicieli, znany z pseudonimu „Rąbalski”.
- Nie, nie jest on sam, ale z towarzyszem – wyjaśnił prystaw Mazur.
Krótka narada, postanowiono ująć anarchistów, a z obecnych stworzyć oddział pościgowy. Nad wyprawą dowództwo objął najstarszy rangą, choć nie z tego powiatu, baron Mirbach, zabierając z sobą policmajstra, prystawa, trzech rewirowych i pięciu młodszych strażników. Poszli. Po drodze powiększono oddział o napotkanego strażnika ziemskiego (powiatowego). Z oddziałem szedł donosiciel, miał wskazać poszukiwanych. On też z dwoma strażnikami ubranymi po cywilnemu szedł przodem, o kilkadziesiąt kroków przed innymi.
Doszli do klasztornych murów, minąwszy główne wrota od południowej strony, skręcili w prawo na wały, tam zaś donosiciel ruchem głowy wskazał strażnikom osobnika samotnie spacerującego, po czym szybko zawrócił. Drugiego bojowca nie było widać. Strażnicy idąc naprzeciw wskazanego im, odbezpieczyli trzymaną w kieszeniach broń i na cztery kroki przed poszukiwanym, jeden z nich – Kisjelew – krzyknął:
- Stój! Ruki w wierch!
W tej sekundzie osaczony już strzelał do nich, w każdej ręce trzymał broń – parabellum i browning.
Kisjelew padł ranny nie zaprzestając jednak strzelać, towarzyszący mu strażnik Kamieńskij, bijąc z mauzera odskoczył w bok. Osaczony anarchista cofał się twarzą do nich i naciskał spust raz po raz. Spadła mu czapka. Znał on widocznie klasztor i jego zakamarki. Huknęła zatrzaśnięta furta. Pędził przez ciemne korytarze. Pamiętał z czasów dziecięcych zabaw i wędrówek drogę wiodącą do sali rycerskiej, a stamtąd – wolność lub śmierć!
W tym czasie baron Mirbach z trzema ludźmi zawrócił i pobiegł wałami z lewej strony, sądząc że wyjdzie naprzeciw ściganemu, policmajster zaś pobiegł do telefonu, znajdującego się w pobliżu sali rycerskiej. Tu też zobaczył go anarchista. A jednak zaszli mu drogę! Zawrócił, biegł poprzez sale, tylko światło przebłyskiwało na lufach jego broni. Białe paulińskie habity obecnych na sali zakonników zamarły w swych ruchach. A on biegł jak szalony, skacząc po stopniach schodów. Dostał się na trzecie piętro, tam skrywszy się za węgieł ściany strzelił do nadbiegającego policmajstra, ten jednak uskoczył, wpadł do pokoju z telefonem. Krzycząc do słuchawki wzywał na pomoc żandarmerię i huzarów. Tymczasem z okna trzeciego piętra rzucono dwie bomby dynamitowe. Tylko jedna wybuchła niewiele zresztą czyniąc szkód.
Wezwane telefonicznie przybywały oddziały policji z obu częstochowskich komisariatów, naczelnik żandarmerii z podwładnymi, obaj pomocnicy prokuratora, sędziowie śledczy, komendant szkolnego oddziału 14 Brygady Straży Pogranicznej z oficerami i 50 żołnierzami, dwaj oficerowie 42 pułku mitawskiego huzarów na czele 55 jeźdźców, pół roty 7 pułku strzelców i na koniec oddział straży pożarnej. Klasztorne wzgórze otoczono ciasną obręczą wojska i policji, zabezpieczono wszystkie wyjścia z klasztoru, dzwonnicy i baszt.
Wiernych znajdujących się w świątyni klasztornej zamknięto w niej, tylko kobiety i dzieci, na skutek lamentu – wypuszczono. Zatrzymani mężczyźni, gdy musieli wyjść za potrzebą, byli rewidowani, odprowadzani i przyprowadzani z powrotem pod strażą. Protestowali przeciwko temu, radząc aby wojsko i policja zajęły się tym bojowcem w baszcie. Pokpiwano też sobie z tej masy zbrojnych, przeciw jednemu osaczonemu.
Tymczasem rozpoczęto formalne oblężenie. On sam, a ich setki. Z obu stron huczały wystrzały. Baron Mirbach na czele oddziału policji i wojska z bronią gotową do strzału, wszedł przez salę rycerską do wnętrza trzeciego piętra klauzury klasztornej i tam, w połowie galerii obrazów, przy otwartym oknie, z którego oblężony rzucał bomby, znaleziono jego palto. On już w tym czasie usadowił się na trzeciej kondygnacji jednej z baszt wschodniego skrzydła klasztoru. Była to baszta położona w pobliżu kaplicy z cudownym obrazem Madonny. Baszta posiadała pięć okien, z widokiem na różne strony wałów. Z nich to oblężony bojowiec mógł dostrzec każdy ruch, każdy cień człowieka – i strzelał, gdy tylko coś się poruszyło, przebiegając od okna do okna. Nikt więc nie miał odwagi się zbliżyć. Wezwano go do przerwania ognia:
- Chce z wami mówić baron Mirbach.
Ucichły strzały, a zaczął przemawiać Mirbach, wskazując na beznadziejność oporu, wzywając do poddania się.
- Żywym mnie nie weźmiecie – odpowiada oblężony – nabojów wystarczy mi na długo.
Zastępca prokuratora Bachtierow korzysta z okazji i pyta, jak bojowiec się nazywa.
- Jestem Edward Mściciel – brzmi odpowiedź – „Sęp-Łamigłowa” jest mi bratem i towarzyszem, a „Zemsta”, „Pędzinoga”, „Bitwa” i wielu innych należą do naszego orszaku...
Tu przerwał rozmowę strzelając na wiwat. Oblegającym powiedział jednak dość, żeby nabrali pewności, iż mają do czynienia z członkiem Rewolucjonistów-Mścicieli. Anarchista nie ujawnił swego nazwiska ani pseudonimu, ale podał imiona lub pseudonimy swych nieżyjących już towarzyszy z Częstochowy i Łodzi.
Godziny płynęły, oblegający raz po raz otwierają ogień, z rzadka nań odpowiada oblężony, wzmacnia jednak ostrzał, gdy policjanci próbują zbliżyć się do murów klasztornych. Listopadowy dzień, bezdeszczowy, pochmurny choć jasny sylwetki szturmujących czyni dobrze widocznymi. Znów próba rozmowy – tym razem mówi policmajster Piekur. Ale oblężony nie myśli o poddaniu się, raczej woli śmierć. Tak jak umierał kiedyś Lis, a potem Edward Dłużewski. Bojowiec Lis poległ broniąc się w kuźni pod Sławnikiem, dopiero armatnie kule rozbiły mur i pozbawiły go życia. Dłużewski, jeden z założycieli organizacji, oblegany w centrum Łodzi, również się nie poddał i spłonął żywcem.
Na strzały policji i wojska częstochowski bojowiec wzgardliwie nie odpowiada. Ale przy jakimś lada ruchu wokół baszty, strzałami, daje znać, że czuwa. Oblężenie przeciąga się. Zapada zmierzch. Na prośbę władz rosyjskich rozmowę z oblężonym podejmują zakonnicy – Alfons Romuald i Aleksy Jędrzejewski.
- Prosimy panie bandyto, uszanujcie miejsce święte, świątynię Madonny! – woła Aleksy.
- Opuść swą pozycję, jesteś otoczony, więc i tak się stąd nie wydostaniesz – dodaje drugi.
- Żywy nie wyjdę. Bandytą nie jestem, lecz rewolucjonistą-mścicielem. Chcę doczekać dnia i jeszcze raz ujrzeć moje miasto w słońcu. Potem sam potrafię się zabić, mam dość nabojów. Przed świtem nie dostaniecie mnie ani żywego, ani martwego – odpowiada bojowiec.
Na nic pertraktacje, prośby czy groźby – tylko trzask wystrzałów w odpowiedzi. Wieczorem przyjechali do klasztoru z Piotrkowa Trybunalskiego, zawiadomieni o akcji, wicegubernator pułkownik Fieodor Erastowicz Fortvengler i naczelnik piotrkowskiego zarządu żandarmerii Ostafiew. Na ich polecenie, około godziny 22.30, do baszty wrzucono pocisk z kwasem azotowym i formaliną, aby bojowca oszołomić i obezwładnić. Bez skutku jednak wobec otwartych okien baszty. Wobec tego polecono straży, aby strumieniami wody spędziła oblężonego z zajętego stanowiska, a jednocześnie, aby po drabinach można było się dostać na dach gmachu mieszczącego w sobie tzw. pokoje królewskie, obok baszty, z którego to dachu łatwiej do baszty się dostać. Salwy rewolwerowe z okna nie dopuściły do wykonania tego zamiaru. Około północy korzystając z zupełnej już ciemności, czterech strażników i trzech strzelców z 7 pułku usadowiło się na dachu klasztornym naprzeciw pozycji oblężonego i przez następną godzinę obsypywali go kulami z karabinów i mauzerów. Bez rezultatu, albowiem bojowiec odpowiadał ogniem nadal. Nad ranem, około godziny 4, na polecenie wicegubernatora podczołgał się pod basztę sztabskapitan Zeigler, położył pod murem pocisk dynamitowy i zapalił lont. Wybuch był potężny, lecz bez większych efektów, bo mury masywne i mocne.
Nastąpiła teraz dłuższa cisza, przerwana pojedynczym wystrzałem rewolwerowym wewnątrz baszty.
Baszta przestała odpowiadać na ogień policji. W ciągłym przeświadczeniu, że taką kanonadę nie mógł prowadzić jeden człowiek – basztę ostrzelano jeszcze rankiem, mimo że na to już nikt nie reagował. Był to już poniedziałek, o siódmej rano baron Mirbach wezwał na ochotnika trzech strażników, by poszli z nim. Ubrali się wszyscy w pancerze ochronne i ostrożnie posuwając się po schodach weszli do milczącej baszty. Na podłodze leżał młody mężczyzna z raną postrzałową lewej strony głowy. Na wezwanie przybyli i inni dygnitarze, prowadzili z sobą lekarza, który ustalił, że rana głowy powstała od strzału samobójczego bojowca, który dawał słabe oznaki życia.
Znaleziono przy nim dwa pistolety oraz czarny skórzany pas z nabojami, było ich jeszcze 78, magazynki, odezwę Grupy Rewolucjonistów-Mścicieli, datowaną na luty 1912 roku oraz trzy paszporty – na nazwiska Franciszka syna Franciszka Rąbalskiego, Stanisława syna Stanisława Zielińskiego i trzeci niewypełniony, opatrzony jednak właściwymi podpisami i pieczątką gminy Miedzno.
Władze obliczyły, że do anarchisty dano ponad tysiąc strzałów, z jego strony padło niemal 500. Zakon Paulinów obliczył straty poniesione w związku z oblężeniem na dwa tysiące rubli.
Rannego przewieziono do szpitala, w którym zmarł 22 listopada 1912 roku nie odzyskawszy przytomności.
W poniedziałek, dnia 18 listopada o godzinie 9 rano policja po dokładnym sprawdzeniu tożsamości osób zatrzymanych w kościele wypuściła je na wolność.
Poszukiwania doprowadziły do odnalezienia rodziny bojowca, rozpoznały go siostry Sabina i Maria, jako swego brata Jana, syna Jana Kozłowskiego, na stałe zameldowanego w Częstochowie, urodzonego w tym mieście 22 czerwca 1892 roku, kawalera, poprzednio robotnika fabryki „Motte”. Według informacji tajnej policji ochrany Jan Kozłowski należał kiedyś do Polskiej Partii Socjalistycznej, zaś od przeszło roku do oddziału bojowego częstochowskiej Grupy Rewolucjonistów-Mścicieli, znany w niej pod pseudonimem „Rąbalski” lub „Kozioł”.

Niniejszy artykuł jest fragmentem nigdy nieukończonej książki Eugeniusza Ajnenkiela pod roboczym tytułem „Matylda i Mściciele”. Tekst został opublikowany w łódzkim tygodniku „Odgłosy”, nr 47, 20 listopada 1967 roku. Tytułowa bohaterka przygotowywanej książki to Matylda Dębska, pseudonim „Macia”, siedemnastoletnia częstochowska anarchistka, która wsławiła się udziałem w walce z policją na przedmieściu zwanym Ostatni Grosz, dnia 17 sierpnia 1912 roku.